Życie to czas, Twój czas...

 

Jak napisałem w Pryncypiach, życie smakuje tylko wtedy, jeżeli udaje nam się zapamiętać to, co robiliśmy danego dnia, czyli jeżeli chwila staje się 'niezapomniana'. Jak trudno spełnić ten postulat na co dzień, wiem równie dobrze, jak każdy z Was. Bywa i tak, że chcemy nadać sens naszemu istnieniu dzieląc się z innymi naszymi przeżyciami. Ja będę to robił, pisząc nieregularnie Bloga. A jeżeli zainteresuje Cię, jakie myśli smyrają mi pod czachą na tematy bardziej ogólne i 'letko' ponadczasowe, przynajmniej w zamierzeniu, zajrzyj do Filozofii.

Dawno temu pomieszkiwałem na Zaspie. Polegało to na tym, że co rano wsiadałem na swojego stalowego rumaka i poginałem w kierunku domu rodzinnego i pracy. Codziennie ta sama trasa. Bardzo to lubiłem. Szczególnie odcinek przez park biegnący równolegle do pasa startowego. Cztery pory roku. Chwila zieleni  w środku miasta. No i bezcenny widok zmęczonych twarzy kolegów z pracy, kiedy mogłem ogłosić, że 'widziałem dzisiaj pasące się na Zaspie wielbłądy'.

640_p4152861_WielbladyNaZaspie

Od czasu do czasu do Gdańska przyjeżdżają cyrki. Odkąd zniknęły wesołe miasteczka, pozostał ten jeden rodzaj przenośnej rozrywki. A i to nie na długo. Znana jest bowiem historia cyrku Z., który na wieść, że następnego dnia rano ma przejść kontrolę organów państwowych z zakresu bodajże bezpieczeństwa i higieny pracy zwinął się pośród nocy i oddalił w tylko sobie znanym kierunku.

 

Cyrk wprowadzał w życie tę odrobinę nieoznaczoności, przypadkowości. Ot cyrk i jego wielbłądy. Zerwały się z postronków i ruszyły 'na giganta'. Najwyraźniej skuszone kwietniowym pąkiem pośród krzaku byłego lotniska przystanęły stadnie poskubać.

 

Pośród miasta oprócz wielbłąda bywały i inne zwierzęta. A to koń biegał po terenie stoczni, a to lisy gdzieś w centrum. Na ulicy Jaśkowa Dolina zdarzyło mi się widzieć zabitego przez samochód pięknego koziołka. 'I tylko wielbłądów żal'...

M. od razu się zgadza, żeby jechać ze mną na zakupy. Do wigilii zostało zaledwie kilka dni. Dla mnie to przedostatnia szansa, by w ogóle coś podłożyć pod świerka. Mam gotową listę rzeczy, co powinno zracjonalizować poszukiwania. Nie lubię centrów handlowych, ale tym razem nie mam specjalnie wyboru. Prawdopodobieństwo, że tu uda mi się skreślić z listy chociaż niektóre pozycje powinno tu być przecież większe, niż gdzie indziej. Tak sobie tłumaczę.

Od dawna nosiłem się z zamiarem samodzielnego wykonania kalendarza naściennego. Musiałby być duuuuży i zawierać duuuże fotografie własnego autorstwa. Po jednym na miesiąc. W artykule opisuję, jak własnymi środkami i możliwościami można wykonać taki kalendarz.

img_9206_Kalendarz2009

Fot. 1. Efekt końcowy. Do pełni szczęścia pozostało jeszcze nanieść logo strony i adres www

 

Zapraszam do lektury!

 

Nie jestem żadnym ekspertem, uważam się za osobę bardzo przeciętnie rozpoznającą ptaki, a swoje obserwacje traktuję zupełnie po amatorsku. Może nie jak ślepy o kolorach, ale ekspertem nie jestem i nie byłem. Być może jednak będę w stanie podpowiedzieć komuś, kto dopiero swoją przygodę z obserwacją przyrody zamierza świadomie rozpocząć.

Ostatnio kolejna osoba wyraziła swój podziw dla moich umiejętności związanych z rozpoznawaniem ptaków. Cóż, w 'naszych stronach' to faktycznie niezbyt często spotykana umiejętność. W szkole tzw. biologia nauczana jest 'jakoś', dzięki czemu absolwent szkoły podstawowej, a następnie szkoły średniej nie odróżnia kruka od gawrona, a na myszołowy woła 'orzeł'. Z ptaków rozpoznajemy drób, a i to niechętnie, bo raczej po cenie i w menu niż na żywo. Może się czepiam, bo dokładnie taki sam stan wiedzy dotknął ssaki, czego przykładem może być notoryczne niedostrzeganie, że sarna i jeleń to różne gatunki kopytnych. O roślinach szkoda w ogóle wspominać. Tak oto kolejne pokolenie Polaków bezmyślnie depcze, słucha i ogląda 'jakieś ptaki', 'jakieś zwierzęta'. Jak to zmienić? Pracą u podstaw...

Zapraszam do lektury!

 

Wpadłem w ciąg. Tym razem w odróżnieniu od ciągu alkoholowego jest to ciąg menedżerski. Po ludzku mówiąc klasa średnia, czyli szczebel kierownika i samodzielnego specjalisty załapał się na szkolenie zewnętrzne zorganizowane przez podobno wiodącą firmę od doradztwa personalnego. Firma, w której pracuję płaci, firma od doradztwa personalnego szkoli. My uczniowie wsiadamy w samochody, jedziemy do dużego ośrodka nad zawsze zimnym morzem. W ośrodku sala konferencyjna, krzesła i my. Prowadzący rozdaje kartki, zadania, trening intelektualny, werbalny. Nie pierwszy to już raz jestem na takim szkoleniu, więc oczekiwania spore.

 

Najbardziej do tej pory niezapomniane ćwiczenie miałem na studiach podyplomowych z zarządzania projektami. Prowadzący podzielił nas na grupy po 3-4 osoby. Każdej grupie rozdał komplet drewnianych listewek ponacinanych w taki sposób, że w sumie z nich wszystkich powinno dać się ułożyć dosyć skomplikowany wzór przypominający 4 przecinające się nawzajem prostokąty. Rozdał instrukcje i dał bodajże 40 minut na przygotowanie się do zadania. A samo zadanie polegało na ułożeniu z listewek zadanego wzoru na czas. Zaczynamy składać wzór, który dostaliśmy na kartce. Po około 30 minutach mam wrażenie, że zadanie jest bardzo trudne, wręcz nie do ułożenia w zadanym czasie. Do tego jeszcze mamy je zrealizować zespołowo, czyli podzielić listewki i dopasować na czas. Coś po 35 minutach udaje nam się po raz pierwszy ułożyć zadany wzór, a tu trzeba go jeszcze zapamiętać i umieć go odtworzyć! Na twarzy wszystkich uczestników zabawy zwątpienie, ale też wyraz determinacji, a także pot. No nic, do walki. Za pierwszym razem udaje nam się ułożyć zadany wzór w czasie poniżej dwóch minut. Za drugim razem poniżej 30 sekund. Wynik, który osiągnęliśmy, wydaje mi się czymś niesamowitym i nierealnym. Jeszcze 10 minut temu byłem gotowy się założyć, że tego zadania nie da się zrealizować w tak krótkim czasie. Po skończeniu zadania trochę inaczej patrzę na świat. Da się!

 

Podobnych emocji oczekiwałem po następnym szkoleniu. Co prawda inna firma, inne okoliczności przyrody, bo zamiast obcych ludzi z różnych firm, obcy ludzie z tej samej firmy. Całkiem fajnie, znowu pot, wyścigi, walka. Kilka niezapomnianych chwil. W pamięci zapadły mi szczególnie dwa.

 

Pierwsze. Każdy z nas dostał potężny plik kartek A4. Tak około 35. Wcielamy się w rolę nowego kierownika, który ma tylko dwie godziny na załatwienie mnóstwa spraw przed wyjazdem zagranicznym. Jedna kartka to jeden list, e-mail lub notatka. Mamy się połapać, co i jak, przydzielić sprawom priorytety, pozałatwiać je. Mamy na to bodajże 60 minut. Nie było łatwo, ale lubię takie zadania. Po jego zakończeniu omówiliśmy, co i jak.

 

Drugie. Każdy z nas dostał rysunek techniczny detalu w rzucie płaskim, okolo 15 wielokątów. Oprócz tego dostaliśmy układanki, coś 56 elementów, czyli poziom 6 letniego dziecka. Do tego kartki, ekierki, linijki, gumki, temperówki itp. Na całe zadanie mamy 45 minut. Zadanie składa się z dwóch części. Część pierwsza polega na precyzyjnym przerysowaniu detalu z zadaną dokładnością 0,5 mm. Część druga polega na ułożeniu układanki. Czas start... I znowu koncentracja, walka.

 

Wszystko szło fajnie do momentu, w którym prowadzący zażądał zwrotu materiałów, bo są objęte prawami autorskimi, a po takim szkoleniu już się zdarzyło, że materiały wyciekły do internetu. Nie przekonał mnie. Płacę, więc wymagam. Zdaje się, że zapłaciłem za jednorazowy występ artysty w postaci trenera z firmy doradztwa personalnego. Tak jakby był artystą weselnym. Ale. Ale na materiałach, które mu zwróciłem, były moje słowa, mój utwór. Wyraźnie było przecież powiedziane, że mogę, a nawet powinienem notować swoje odpowiedzi. Poza tym takie stawianie sprawy powoduje, że następnym razem ciężko się zastanowię, zanim jeszcze raz skorzystam z usług tej właśnie firmy na S. Bo skoro nie mogę zatrzymać materiałów, to może na rynku jest ktoś lepszy, kto przygotuje jeszcze ciekawsze ćwiczenia, będzie bardziej przekonujący, będzie znał więcej anegdot, nie da mi zasnąć na zajęciach... I przypadkiem zupełnym znam kogoś takiego.

 

Za nadmierne przywiązywanie uwagi do praw autorskich wielka czerwona kartka, o czym zresztą powiedziałem prowadzącemu. Niestety pozostali uczestnicy szkolenia przyjęli postawę prowadzącego jako coś normalnego. Taka sobie znieczulica. Pomimo że zapłacili. Zapamiętałem.

 

Refleksja korporacyjna. W trakcie jednego z ćwiczeń pojawił się opis następującej sytuacji. Mamy się wcielić w nowego menedżera, który awansował ponieważ jego poprzednik, bardzo szanowany człowiek o wielkim doświadczeniu, wyczuciu itd. niespodziewanie zmarł. Celem ćwiczenia jest takie pokierowanie zdarzeniami w firmie, by sobie poradzić pomimo straty niezwykle przecież istotnej postaci. Nie pojawia się motyw ani pogrzebu, ani żałoby. Jedynym elementem związanym bezpośrednio ze śmiercią człowieka jest list sekretarki, która prosi o urlop, ponieważ czuła się związana ze zmarłym. Zgodnie z rolą, w którą się wcielamy należy odmówić sekretarce urlopu, ponieważ jest potrzebna 'na stanowisku'.

 

Co pozostało po zmarłym? Tyle samo, co po pracowniku odchodzącym na emeryturę? Na ile jesteśmy potrzebni? Do którego momentu? Czego nas uczą korporacje? Ot, pytania retoryczne.