Życie to czas, Twój czas...

 

Jak napisałem w Pryncypiach, życie smakuje tylko wtedy, jeżeli udaje nam się zapamiętać to, co robiliśmy danego dnia, czyli jeżeli chwila staje się 'niezapomniana'. Jak trudno spełnić ten postulat na co dzień, wiem równie dobrze, jak każdy z Was. Bywa i tak, że chcemy nadać sens naszemu istnieniu dzieląc się z innymi naszymi przeżyciami. Ja będę to robił, pisząc nieregularnie Bloga. A jeżeli zainteresuje Cię, jakie myśli smyrają mi pod czachą na tematy bardziej ogólne i 'letko' ponadczasowe, przynajmniej w zamierzeniu, zajrzyj do Filozofii.

Przestałem oglądać telewizję. Świadomie. Nie kupiłem kolejnego telewizora. Nie płacę abonamentu. Nie spędzam czasu gapiąc się w szklaną skrzynkę, nie żre mi energii, nie tracę czasu na oglądanie tego, co zrobili inni.

 

Mała rzecz, a cieszy. Takim małym krokiem poprawiłem sobie jakość życia. Egoistycznie, acz istotnie. Nie widziałem tym samym niezliczonych reklam, kilku seriali. Publicystyki, mord polityków. Tu jestem...

 

Jedyny serial, na którym mi zależy i tak oglądam. Z przyjaciółmi. Odtwarzamy sobie kolejne odcinki w dogodnym momencie, delektując się przy tym pyszną herbatą. Ktoś je dla nas pomontował, ktoś przetłumaczył. Bez reklam. A potem możemy jeszcze podyskutować. Kolejna ginąca wartość.

 

Opowiedziałem o swojej małej zdobyczy cywilizacyjnej koledze. Powiedział, że też od dawna chciał tak zrobić, ale brak mu było impulsu. Po kilku dniach oddał dekoder operatorowi kablówki. Oddciął się od cywilizacji? Jego dziadek zrobił to samo. Jest nas już trzech.

 

Teraz możemy do naszej decyzji dorobić wielką, przemądrzałą teorię. Jak to zwyciężył nasz zdrowy rozsądek, jak to przestaliśmy kontestować wątpliwe zdobycze cywilizacji masowej. Po co. Każdy z nas osiągnął coś innego. Jesteśmy przecież wolni.

 

Ja odczułem ulgę. Więcej czytam, więcej piszę. A Ty?

640_20100821151_Pirotechnika

Ważne, by się ubrać wystrzałowo...

 

Fota zrobiona telefonem komórkowym w centrum Gdańska. W tle gdański 'czerwonak'.

Dawno temu pomieszkiwałem na Zaspie. Polegało to na tym, że co rano wsiadałem na swojego stalowego rumaka i poginałem w kierunku domu rodzinnego i pracy. Codziennie ta sama trasa. Bardzo to lubiłem. Szczególnie odcinek przez park biegnący równolegle do pasa startowego. Cztery pory roku. Chwila zieleni  w środku miasta. No i bezcenny widok zmęczonych twarzy kolegów z pracy, kiedy mogłem ogłosić, że 'widziałem dzisiaj pasące się na Zaspie wielbłądy'.

640_p4152861_WielbladyNaZaspie

Od czasu do czasu do Gdańska przyjeżdżają cyrki. Odkąd zniknęły wesołe miasteczka, pozostał ten jeden rodzaj przenośnej rozrywki. A i to nie na długo. Znana jest bowiem historia cyrku Z., który na wieść, że następnego dnia rano ma przejść kontrolę organów państwowych z zakresu bodajże bezpieczeństwa i higieny pracy zwinął się pośród nocy i oddalił w tylko sobie znanym kierunku.

 

Cyrk wprowadzał w życie tę odrobinę nieoznaczoności, przypadkowości. Ot cyrk i jego wielbłądy. Zerwały się z postronków i ruszyły 'na giganta'. Najwyraźniej skuszone kwietniowym pąkiem pośród krzaku byłego lotniska przystanęły stadnie poskubać.

 

Pośród miasta oprócz wielbłąda bywały i inne zwierzęta. A to koń biegał po terenie stoczni, a to lisy gdzieś w centrum. Na ulicy Jaśkowa Dolina zdarzyło mi się widzieć zabitego przez samochód pięknego koziołka. 'I tylko wielbłądów żal'...

Robi się moda na sieci. Najpierw firmę, w której się udzielam w chwilach niewolnych, w swoją sieć złapała inna firma oferująca na komercyjnych zasadach usługi dla zdrowia. Boli ząb, serducho nie pika jak powinno, innka kolka czy zgaga, wszak zdarza się nawet pracownikowi korporacji. W okolicznościach socjalistycznego państwa opiekuńczego należało się udać do placówki, z którą kontrakt podpisał akurat NFZ, potem wybrać lekarza, znieść fochy paniuś wpisujących jednym palcem z klawiatury jakieś tam identyfikatory zza grubych szkieł okularowych, odsiedzieć swoje w kolejce, spotkać się z lekarzem, który opanował posługiwanie się długopisem w stopniu pozwalającym tylko jemu zrozumieć swe wpisy. Dalej trzeba by zapisać się w długą kolejkę na badania diagnostyczne i po czasie nie możliwym do przewidzenia rozpocząć proces leczenia. Na zasadach komercyjnych wszystko, co wcześniej, uległo wygładzeniu. Ściany w placówkach sieciowych są czyste, kolejek w zasadzie nie ma, przerób jest. Komputerem posługują się już lekarze. Nadal niezdarnie, bo jednym palcem, ale dane trafiają gdzie powinny, a diagnostyka zajmuje godziny. Czyli postęp.

 

M. od razu się zgadza, żeby jechać ze mną na zakupy. Do wigilii zostało zaledwie kilka dni. Dla mnie to przedostatnia szansa, by w ogóle coś podłożyć pod świerka. Mam gotową listę rzeczy, co powinno zracjonalizować poszukiwania. Nie lubię centrów handlowych, ale tym razem nie mam specjalnie wyboru. Prawdopodobieństwo, że tu uda mi się skreślić z listy chociaż niektóre pozycje powinno tu być przecież większe, niż gdzie indziej. Tak sobie tłumaczę.