Życie to czas, Twój czas...

 

Jak napisałem w Pryncypiach, życie smakuje tylko wtedy, jeżeli udaje nam się zapamiętać to, co robiliśmy danego dnia, czyli jeżeli chwila staje się 'niezapomniana'. Jak trudno spełnić ten postulat na co dzień, wiem równie dobrze, jak każdy z Was. Bywa i tak, że chcemy nadać sens naszemu istnieniu dzieląc się z innymi naszymi przeżyciami. Ja będę to robił, pisząc nieregularnie Bloga. A jeżeli zainteresuje Cię, jakie myśli smyrają mi pod czachą na tematy bardziej ogólne i 'letko' ponadczasowe, przynajmniej w zamierzeniu, zajrzyj do Filozofii.

Przystąpiłem do remontu piwnicy. Kamienica przedwojenna, śmieci z trzech pokoleń. Do tego nieco wilgoci. Jednym słowem pełen rozkład. Wciórności! Przystąpiłem do działań w stosownym uniformie, rękawicach i determinacją. O ile wywalenie tzw. rzeczy luzem było dosyć proste, usunięcia starej drewnianej wanny i pieca kaflowego wymagało przygotowań. Piec okazał się być w fatalnym stanie technicznym. Nawet nie musiałem używać młotka. Rozłożyłem go rękami. Na środku pomieszczenia zebrała się spora góra odpadów. No i co z tym zrobić? Tak po prostu do śmietnika? Nie wolno, to raz. Co prawda słowiański nasz naród często gęsto niewiele sobie z tego robi i pracowicie, raz w tygodniu, 'rozcieńczając' do objętości reklamówki zwykł dorzucać do różnych zbiorczych pojemników. To i tak pół biedy. Cała bieda, gdy uruchamia stareńkie, pukane swe auto i wyrusza ze śmieciem wszelakim w kierunku lasu lub innych odludzi, z zamiarem wyrzucenia.

Portishead

Pamiętam, kiedy usłyszałem Beth po raz pierwszy. Kończył się ogólniak, najbarwniejszy niemal okres w moim życiu. Nie miałem magnetofonu ani innego samograja, który pozwoliłby mi na słuchanie tego, co lubiłem. Nie ważne. Miałem za to trudny okres dorastania, a wokół przyjaciół, u których mogłem przesiadywać niemal bez końca, zachłystując się nadchodzącą wolnością. Portishead słuchał D. Nie wiem, skąd to wziął. Miał płytę "Dummy" pośród dziesiątek innych. Nie rozumiałem słów. Był tylko ładunek emocjonalny, demoniczna okładka płyty. No i też czułem się jak kukiełka. Odkrywałem egzystencjalizm, z Sartrem, czarnymi długimi swetrami, absurdem codziennej egzystencji, brakiem sensu, zaprzeczeniem kulturze, materializmowi. Nie szło mi z dziewczynami, zaprzeczyłem istnieniu miłości, ale nie zacząłem palić. Ból istnienia, nawet jeżeli niczym nie uzasadniony, pozostał do dzisiaj.

 

Potem były studia. Błąd ludzki, jak cały ten fragment życia. Portishead kojarzyła garstka ludzi. Słuchałem świadomie, rozpoznając w tych, którzy znali tę muzykę w jakimś sensie odczuwających pokrewnie. Tak pozostało do dzisiaj: to jak odpowiedź na pytanie 'maliny, czy truskawki'. Prawidłowa odpowiedź pozwala sprawdzić, czy coś będzie 'z poznawania'.

 

Czas płynął, przyszło mi poznać nowych ludzi, zmienić miejsce zamieszknia. Muzyki nie zapomniałem. Wczytany w teksty, próbując je zrozumieć, poczuć. Szukając prawdy trochę o sobie, zawiedzionych nadziejach, targanych uczuciach. Mam w końcu samograja, stać mnie na płyty. Na półce jest i ta najważniejsza, z koncertem z NY, gdzie widać robienie muzyki, widać z bliska Beth, Adrian brzdąka, Geoff się uśmiecha, by za chwilę pochylić się nad dekami.

 

Potem zniknęli na wiele lat, wydając po bardzo długiej przerwie płytę 'Third'. Mało koncertów, mało wywiadów, jak zawsze. Płyta nie została ciepło przyjęta. Bardzo trudna w odbiorze, nawet dla mnie, chociaż znowu stworzyli coś niepowtarzalnego, nie do podrobienia. Brzmienie uciekające od schematów, ponownie przepełnione ogromnym ładunkiem emocjonalnym.

 

 

W tym roku po raz pierwszy od 15 lat pojawiła się historyczna szansa zobaczenia ich na żywo. Chociaż sprzed sceny, na świeżym powietrzu, ale jednak. Pierwszy raz w Polsce i pewnie ostatni. Nie ważne, że koncert w środku tygodnia, bo w środę, co w przypadku młodzieży starszej pracującej implikuje dwa dni urlopu. Nie ważne, że 350 km polskich dróg stąd. Nie ważne, że pół dnia za kierownicą, ryzykując życiem. Nie ważne, że trzeba organizować spanie i takie tam. Nie ważne nawet, że to Polska właśnie, ze źle nagłośnoną sceną, pierdzącym basem i brakiem elementarnej organizacji. Nie ważne, że tłum wychodził z ciasno obstawionego bramkami terenu po niieoświetlonej latarniami drodze, bo ktoś ich nie włączył... Nie ważne, że bardzo drogie bilety. Wszystko to zniknęło w ciągu sekund, bo wokół mnie byli ludzie, którzy przyjechali tu, by usłyszeć i zobaczyć na żywo to, co się liczy w życiu: coś prawdziwego, czego nie można sfałszować, zakłamać. Byłem...

 

Beth pod koniec koncertu zeszła ze sceny i łapała za wyciągnięte do niej przez barierki dłonie. Chciałbym więcej: poznać ją jako człowieka. Usłyszeć, czym żyją na codzień, poznać ich jako ludzi, może usłyszeć jak klną, może poleżeć na trawie... Z drugiej strony ktoś o takiej wrażliwości musi umieć budować wokół siebie bariery, osłony. Każdy świadomy kontakt z drugim człowiekiem zmienia. Pozostaje patrzeć na spektakl, podczas którego przekazują otoczeniu emocje. Porozumienie przecież jest niemożliwe, co najwyżej możemy liczyć na poprawną komunikację. Mimo to stałem oniemiały, słuchając głosu, wierząc w słowa, znowu odnajdując się w nich. Dziękuję, że pozwoliliście mi być chociaż świadkiem. Nie zapomnę.

 

I can't hold this day
Anymore
Understand me
Anymore

To tread this fantasy, openly
What have I done

(...)

 

Dziękuję Kaliemu za pomocną dłoń wyciągniętą we właściwym momencie. Ten czas pozostanie mi w pamięci na bardzo długo. Słowo Poznań nabrało dzięki Tobie nowego znaczenia, oderwało się od stereotypu, zyskało barwy, zapach, smak. Wybrałeś rewewlacyjną knajpę. Do zobaczenia w 3m!

 

W drodze powrotnej zabieram do auta parę z Wałcza. Wracają z tego samego koncertu. Też bez wahania kupili bilety. Między nami jest co najmniej dziesięć lat różnicy. Cieszy mi się dusza, że są w każdym pokoleniu tacy, którzy potrafią pośród ścieków zalewających muzyczny eter wyszukać diamenty, pokochać je i uznać za coś osobistego, własnego. Powodzenia na ścieżkach życia.

 

 

 

 

 

 

 

P

embed video plugin powered by Union Development

Skończyłem studia podyplomowe pt. 'Sterowniki programowalne i systemy wizualizacji' prowadzone w weekendy na Akademii Morskiej  (AM) 2009 / 2010, czyli dwusemestralne. Skończyłem i bardzo sobie chwalę. Tematem były nie tylko same PLC, czyli, ang. Programmable Logic Controllers, programowalne sterowniki logiczne, ale także systemy wizualizacji oraz wymiana informacji pomiędzy sterownikami poprzez sieci.

 

Trudno powiedzieć, czego się spodziewałem. Po 5 letnich technicznych studiach magisterskich na Politechnice Gdańskiej (PG), wydział ETI, specjalność Automatyka i Robotyka, chciałem pogłębić swoją wiedzę z zakresu PLC oraz przypomnieć sobie, jak to jest na studiach. Gdy byłem na 5 roku mieliśmy chyba 3 zajęcia (w sumie 6 godzin?) ze sterownikami logicznymi produkcji polskiej. Był to wytwór rodzimej myśli technicznej, zresztą absolwentów wydziału. Wtedy zaledwie liznąłem temat, ale wydawał mi się właściwym, ciekawym kierunkiem, bo za pomocą stosunkowo prostych środków technicznych można było uzyskać całkiem sympatyczne efekty, jak sterowanie windą.

 

Kolejny program unijy, kapitał ludzki. Zapisy, długi proces rekrutacji. Wreszie telefon w środku tygodnia, że zostałem zakwalifikowany. Hm... Kryteriami był wiek i płeć. Preferowane były kobiety po 45 roku życia, względnie przedstawiciela obojga płci powyżej 45 roku życia. Od razu zaczęły się żarty, że Unia preferuje stare, chore (ślepe?), niepracujące kobiety, więc nie miałem szansy przedrzeć się przez parytet, będąc w miarę zdrowym samcem w nieodpowiednim do wsparcia ze strony czynników ogólnoeuropejskich wieku. Szkoda, że o przyjęciu do programu Akademia Realnych Kompetencji dowiedziałem się na 4 dni przed rozpoczęciem zajęć, co pokrzyżowało mi plany weekendowe i naraziło na stratę pewnej sumy pieniędzy. Nic to, pomyślałem. A był to dopiero początek niespodzianek.

 

Jechałem dzisiaj z ulubionym siedmiolatkiem przez pomorską krainę moim czerwonym Oktawianem. Jak to się zdarza czasami w życiu, zapaliła się nam kontrolka sygnalizująca pogłębiającą się pustkę w baku. Zajechaliśmy na najbliższą, przypadkową stację benzynową przy trasie nr 20. Prozaicznie było. Wlałem, zapłaciłem. Już miałem odjeżdżać, gdy rozejrzałem się szerzej po parkingu za stacją. Tymczasem  na zapleczu budynku stacji stały wozy opancerzone. Takie z armatami (chyba), pomalowane na zielono, na ogromnych kołach. W ogóle ogromne. Trochę w nieładzie, 5 sztuk.

źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:POL_KTO_Rosomak.jpg

Dziwne. no to ja pokazuję Łukaszowi to zjawisko, a on do mnie, że to przecież 'bewupe', co ja, Discovery nie oglądam?